Aktualności 2013
Aktualności 2012
Aktualności2011
Aktualności- rok 2010
Kalendarz planowanych przedsięwzięć
Plan Odnowy Miejscowości Raków na lata 2010-2017
Historia
Dwór w Rakowie
Parafia Dzielów
Rada Sołecka
Stowarzyszenie Odnowy Wsi "Rakowiaczek"
LZS Piast Raków
TSKN
OSP Raków
Centrum kształcenia
"Ognisko"
"Bajkoraczek"
Las w Rakowie
Galeria
Tradycje i obyczaje
Było o nas głośno...
Rozkład jazdy autobusów
Licznik wejść
 

Dwór w Rakowie




Dwór w Rakowie
Dawni właściciele
Pierwsza wzmianka o majątku Raków pochodzi z XVI w.
W 1519 roku jego właścicielką była Anna Karwińska. W XVII w. dzierżyli go panowie von Thassul. W 1666r. właścicielem Rakowa był Krzysztof Zygmunt Dressler von Scherffenstein, który posiadał również Szczyty i poślubił Eleonorę von Gruttschreiber, z którą miał syna Jana Fryderyka. Zmarł w 1675 roku. Jego rodzina otrzymła szlachectwo czeskie w 1588 roku. Jej przedstawicielem był znany śląski poeta renesansowy, urodzony w Głubczycach Wencel Scherffer von Scherffenstein, a także Hieronim von Scherffenstein, autor Annałów głubczyckich (roczników miasta Głubczyce).
W 1700 roku właścicielką była Katarzyna von Larisch. Pod datą 1745 ponownie znajdujemy tu przedstawiciela rodziny Thassul, Pilatiego, a w 1782 roku królewskiego pruskiego komisarza Sebastiana von Kehlera. Kehler przeprowadził się do Opawy i przekazał majątek swojemu 19-letniemu synowi, który w 1830 roku sprzedał go Rudolfowi Miketta za 25 tys. talarów. W 1864 roku zięć Miketty, Gustaw Schön z Chróst kupił majątek za 136 tys. talarów, z kolei w 1867r. zakupił go już za 143 tys. tal. Radca prawny Früson z Głubczyc. Wreszcie, 2 lata później za 170 tys. tal. nabył go wraz z folwarkiem Tschacht starszy wiejski Friedrich Latzel, który w 1882 roku dokupił majątek Baborów. wszedł także w posiadanie Maciowakrza w powiecie kozielskim.
W Baborowie na cmentarzu przy drewnianym kościele św. Józefa znajduje się duży grobowiec. Kamienne tablice upamiętniające pochowane w nim osoby (5 płyt nagrobowych), są zniszczone. Na grobowcu zachował się niekompletny napis: „FAM IE    ATZE”
Kilka lat temu interesujący się historią okolicznych miejscowości ksiądz proboszcz parafii Dzielów, Zygfryd Pyka, poinformował mnie, że to jest grobowiec rodziny Latzel (FAMILIE LATZEL) z majątku Raków.
Podróż na Kresy Wschodnie po zwłoki podporucznika Latzla
Poszukując informacji o rodzinie Latzel, natknęłam ię na obszerną relację głubczyckiego historyka i krajoznawcy Roberta Hofrichtera o jego podróży do Galicji Wschodniej po ciało poległego tam podczas I wojny światowej syna Friedricha Latzla, Gustava. Jest na tyle ciekawa, że przytoczę jej obszerne fragmenty:
„W 4. Regimencie Huzarów /…/ służył ochotnik, wice wachmistrz Gustav Latzel, najmłodszy syn starszego wiejskiego Latzla na majątku rycerskim Raków. Ten Suchowo znakomity młody człowiek mieszkał u mnie w okresie gimnazjalnym i był wiernym, dobrym kolegą mojego równoletniego syna Fritza. Obaj zginęli w tym samym czasie bohaterską śmiercią na froncie wschodnim.”
Dalej pisze, że Gustav Latzel poległ e 1915 roku podczas rosyjskiej ofensywy nad Dniestrem i przez miesiąc był uznawany za zaginionego. Sądzono, że dostał się do rosyjskiej niewoli. W październiku tego samego roku państwo Latzel zostali poinformowani, że ich syn został ranny w brzuch, a nazajutrz zmarł w niewoli i został pochowany w folwarku Kolanki w okręgu Horodenka na dzisiejszej Ukrainie. Państwo Latzel zapragnęli pochować syna w rodzinnym grobowcu w Baborowie i zlecili wykonanie tego trudnego przedsięwzięć Instytutowi Pogrzebowemu Ohagen z Wrocławia, natomiast Robert Hofrichter został poproszony o wyjazd do Kolanki.
4 listopada Hofrichter w towarzystwie przedstawiciela wspomnianej firmy pogrzebowej, Schmerbitza, wyruszył w długą i niebezpieczną podróż:
„Wczesnym popołudniem tego samego dnia dotarliśmy do Krakowa. Ponieważ ta miejscowość leżała już w strefie wojennej, zostaliśmy poddani na dworcu kolejowym drobiazgowej, kłopotliwej kontroli. Musiało być podane miejsce naszego noclegu i wymieniłem od dawna znany mi Hotel de Saxe.
„Nie ma”, powiedział urzędnik i nabazgrał coś po polsku na mojej przepustce.
Na placu dorożkarskim przy dworcu przywołałem dorożkarza i zapytałem, czy Hotel de Saxe jeszcze istnieje. „O tak”, odpowiedział woźnica. Nazywa się teraz Hotel Saxo”. Czy rzeczywiście kontroler na dworcu o tym nie wiedział?
Dorożkarz odczytał mi również polską adnotację na mojej przepustce: „Kwatera może być wybrana Wedlu upodobania”.
Teraz do hotelu aby odłożyć nasz bagaż, a potem do komendantury, aby uzyskać zgodę na podróż na teren wojenny. Stały tu setki ludzi, którzy mieli sprawę do komendantury. „Czekać przynajmniej dwie godziny”- powiedział jeden z pełniących wartę żołnierzy. To było dla mnie jednak zbyt wielkim marnotrawstwem czasu. „Pomoże napiwek”, pomyślałem i wcisnąłem któremuś do ręki koronę. Już po 5 minutach byliśmy u góry w biurze. Oficer obsługi powiedział nam przyjaźnie, że zezwolenie na podróż do Horodenki zostanie udzielone tylko w Cieszynie. Wprawdzie mógł je uzyskać drogą telegraficzną z Horodenki, lecz na odpowiedź nie mógł oczekiwać przed upływem dwóch dni.postanowiliśmy poczekać na wymagane zezwolenie do Horodenki w Krakowie.
Tymczasem nastąpiła zmiana pogody. Zrobiło się przeraźliwie zimno, a w dzień wyjazdu z Krakowa zaczęła niesamowita śnieżyca przy kilku stopniach mrozu. Otuliliśmy się w płaszcze i widzieliśmy przez okno zadymkę. Wówczas już przed Tarnowem pokazały się pierwsze ślady okropieństw wojny: zniszczone dworce kolejowe i domki dróżników, leżące w gruzach mosty kolejowe i uliczne, drewniane mosty prowizorycznie sklecone jako ich namiastka, cmentarz wojenny; nad jednym grobem wysoko wznosiło się śmigło, zapewne dla uczczenia jakiegoś lotnika, który tu znalazł śmierć; na półce zniszczone okopy; całkowicie zniszczone pociskami artyleryjskimi lasy; na prawo i lewo drewniane krzyżyki na pojedynczych i masowych grobach, które stawały się coraz liczniejsze, im bardziej zbliżaliśmy się do Lwowa. Rosyjski grób masowy uznałem za kopiec kartoflany, dopóki nie zobaczyłem innego. Spotkaliśmy pociągi ze zniszczonym i bezużytecznym sprzętem wojennym. Wyprzedzaliśmy pociągi z wojskiem , prowiantem i materiałem wojennym.
Podróż przy wysokim śniegu i wielu zaspach nie przebiegała bez przeszkód. Po kilkurazowych zatrzymaniach nasz pociąg pospieszny utkwił kilka kilometrów przed Przemyślem; niedobrowolny 5-godzinny pobyt na wolnym polu do nocy /…/ N dworcu w Przemyślu zażyliśmy rozgrzewającego napoju i natychmiast wsiedliśmy z powrotem do pociągu, który nas zawiózł po ponownych przeszkodach, po ośnieżonych odcinkach do Lwowa. „Dotą i dalej nie!” powiedział nam zawiadowca stacji. „Odcinek od Kołomyi jest tak zaśnieżony, że nie daje się ustalić, kiedy pociąg może kontynuować drogę.” Ruch z dworca do miasta był również wstrzymany; ani dorożki ani elektryczności, ani sań, ani tragarza. Męczymy się przez masy śniegu i docieramy zupełnie wyczerpani do Hotelu la France, gdzie o 2.00 w nocy w nieogrzewanych pokojach i w nie powleczonej pościeli poszliśmy na spoczynek. Przez 2 dni byliśmy zatrzymani we Lwowie. Wykorzystaliśmy je po to, aby obejrzeć zabytki Lwowa i zniszczenia wyrządzone przez Rosjan przed ich odejściem /…/ 20 listopada około wieczora, odcinek kolejowy dla naszej dalszej podróży był wreszcie wolny i tej nocy przybyliśmy pociągiem pospiesznym do Kołomyi. Stąd do Horodenki i z powrotem jeździł Tylkowo noc pociąg osobowy, który na każdej stacji stał chyba pół godziny, aby pozwolić przejechać wielu innym pociągom z wojskiem, materiałem wojennym i z prowiantem.
Jako pasażerowie II klasy zostaliśmy wyproszenia do nie ogrzewanego pomieszczenia /…/ Przy zimnie jedno okno było otwarte. Zaapelowałem do Schmerbita, aby je zamknął. Podniósł się ochoczo. Potrząsając głową odwrócił się i objaśnił, że okno było zamknięte, tylko brakowało szyby. Byliśmy szczęśliwi, gdy po 4- godzinnej jeździe mieliśmy 50-kilometrowy odcinek za sobą. Była to niedziela, 8.00 rano. Galicjanie spieszyli obok nas w swoich osobliwych strojach do kościoła. Przy wjeździe do miasta, które mimo 12- tysięcy mieszkańców poza placem targowym miało wiejski charakter, leży cmentarz żołnierski, który szybko szybko zwiedzam brnąc w głębokim śniegu, podczas gdy Schmerbitz jeszcze pertraktuje z naczelnikiem tamtejszego dworca o tymczasowym przechowaniu jego trumny.
Chłopskie wozy zabrały nas do majątku Kolanki. Towarzyszyli nam oficer i lekarz. Droga była zaśnieżona i tak jak wszystkie zaprzęgi wojskowe, pojechaliśmy przez pola i rowy /…/ Tu leżał przewrócony wóz ze słomą, tam taki sam z prowiantem, w innym miejscu uległy wypadkowi wóz z pakietami poczty polowej /…/ O godz. 15.00 byliśmy u celu naszej podróży. Wyraźnie słyszalny ogień karabinowy odbierał nam jakąkolwiek wątpliwość, że znajdujemy się w niewielkiej odległości od frontu. Teraz jak najszybciej do wykonania naszego zadania. Żydowski dzierżawca majątku wskazał nam grób Gustava Latzla. Leżał zaśnieżony pod świerkiem przy „różanym ogródku”. Czterech powracających z okopu żołnierzy torowało nam drogę i odkopało pagórek grobowy. Na Wszystkich Świętych ten grób był obłożony przez żandarmerię polową i dzierżawcę majątku wieńcami, a krzyż ozdobiony kwiatami. Krzyż grobowy składał się z dwóch surowych drewien brzozowych i nosił tablicę z napisem: „Tu spoczywa pruski lejtnant [podporucznik] z 4. Regimentu Huzarów, ranny 11 lub 12 maja, zmarły dzień później”. Naczelnik wsi Kolanki pochował tu młodego wice wachmistrza, którego uznał za oficera. Z polecenia rosyjskiego komendanta miał zatroszczyć się o trumny dla 3 poległych rosyjskich oficerów- proste drewniane skrzynie. Jedna ze skrzyń była dla jednego z tych oficerów za krótka. Naczelnik musiał zatroszczyć się o inną i użył pozostawioną trumnę dla Latzla. Wkrótce ziemia została usunięta przez 4 żołnierzy, a skrzynia otwarta. Zwłoki były już w stanie silnego rozkładu jednak natychmiast rozpoznałem mojego młodego przyjaciela po jego figurze i dwóch złotych plombach w zębach. Na dodatek znaleźliśmy w kieszeni jego płaszcza książeczkę żołdu na nazwisko „Gustawv Latzel z Rakowa”. Zwłoki zostały włożone do metalowej trumny przewiezionej do Wrocławia i gdy zmówiliśmy cichą modlitwę, Schmerbitz zalutował trumnę i położyliśmy ją z pomocą żołnierzy na jednym z dwóch wozów. Zabraliśmy ze sobą również krzyż grobowy z tablicą /…/ O 23.00 po męczącej podróży przybyliśmy do Horodenki. Po godzinnym odpoczynku w hotelu, udałem się na dworzec, aby wyruszyć w podróż do domu odchodzącym o 2.00 pociągiem /…/ Po nieprzerwanej podróży pociągiem przez dwa dni i dwie noce, byłem znów w moich Głubczycach. Schmerbitz ze zwłokami dotarł dopiero dwa dni później. Pogrzeb nastąpił w grobowcu dziedzicznym Latzlów w Baborowie. Krzyż nagrobny przywieziony z Kolanki, zdobi jeszcze dziś pagórek grobowy tego tak pełnego nadziei i przedwcześnie zmarłego młodego człowieka”.
Tyle Hofrichter (Hofruchter R., Unsere Heimat während des Weltkrieges und In der Nachkriegszeit, Leobschütz 1924).
Nazwisko Gustava Latzla znajduje się na pomniku poległyh w latach 1914- 1918, stojącym przy kościele parafialnym w Baborowie.
Dalsze losy Latzlów i majątku Raków
W numerze 244 „Ratiborer- Leobschützer Zeitung” z 21 października 1919r. znalazłam informację o śmierci ojca Gustava, Friedricha, która nastąpiła 18 X tego roku. Starszego wiejskiego pochowano w rodzinnym grobowcu w Baborowie, u boku syna. Kiedy zmarła jego żona, Vally z domu Schoen, nie wiadomo, gdyż napis na płycie nagrobnej jest zniszczony. Majątek Raków przeszedł w ręce pani dr Latzel z Twardawy. W 1926r. właścicielką była Melanie Schraube z domu Latzel, następnie dr Valer z Twardawy, zapewne powinowaty Latzla. Ostatnim właścicielem majątku miał być niejaki Deering.
Przed zakończeniem II wojny światowej majątek Raków miał 325 ha wielkości. Należała do niego gorzelnia. Właściciel zatrudniał liczny personel, który otrzymywał od niego mieszkania o ogrody i mógł trzymać zwierzęta hodowlane.
Sam dwór majątkowy, jednopiętrowy z trójkątnym naczółkiem na froncie, od 1920 r. nie był zamieszkany i zdaniem zapytanych o jego losy kilku mieszkańców, mieli go w 1945r. spalić żołnierze radzieccy. Dziś na jego miejscu stoją warsztaty.
Katarzyna Maler; „Rzecz Powiatowa” str. 11; czerwiec 2009r.
PS. Co do tego, że od 1920 roku nie był zamieszkały, to bym się zastanowiła. Po rozmowach z kilkoma starszymi osobami z Rakowa, wiem, że w czasie wojny przed ich ucieczką przed zbliżającym się do Rakowa wojskiem rosyjskim, chodzili oni do zamku. Pamiętają, że obejście było zawsze zadbane, z dużym parkiem wokół, a mieszkający w nim ludzie bardzo sympatyczni. Część mieszkańców pracowała na wyżej wymienionych 325 ha.
Kiedy front przez Raków przeszedł, a część Rakowian wróciła do swoich domów- nie rzadko zniszczonych- zamek był spalony w bardzo złym stanie technicznym. Następnie jego resztki zostały zrównane z ziemią (nie wiem przez kogo).

Jesteś 36106 odwiedzającym stronę.
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=